Religia umiera!, straszą kapłani w ambonach, wątki na katolickich forach, prawicowi politycy w mediach i o.Rydzyk. Trzymają się kurczowo swoich stanowisk wrzeszcząc, że przeciwko nim zwrócił się cały świat. A tymczasem świat poszedł tam, gdzie więcej dają.
Takie wypowiedzi mają oczywiście wzbudzić w społeczeństwie trwogę. Bo jak to umiera? Naprawdę umiera? Kto ją zabija? Sam muszę przyznać, chwytliwe te okrzyki, choć przypominają jedynie ostatnie tchnienie.
Religia z założenia (archetypy dobrego chrześcijanina w Biblii) jest dla biednych. Tam, gdzie dzieje się źle, gdzie jest głód i ubóstwo, gdzie wojny dziesiątkują ludność i gdzie władza kłamie, tam paradoksalnie wciska się Bóg. Nie jest to regułą – często przecież wojna załamuje wiarę żołnierzy, głód zabiera Boga matkom, a ubóstwo potrafi pozbawić złudzeń każdego wiernego.(który zapomina, iż po śmierci za biedotę będzie wynagrodzony).
Kościół Katolicki, nam najbliższy, sięga po rozmaite środki, by zatrzymać przy sobie ludzi (kto, przy zdrowych zmysłach pozbywa się sponsorów?). Co ciekawe, działania Kościoła wywołują efekt odwrotny. Dla przykładu: potępienie Kodu Leonarda da Vinci (książki i adaptacji), jak też Harry'ego Pottera (oskarżenia o satanizm to nie byle co!) nie znalazły przychylnej opinii społeczeństwa, bo przecież te książki są ogólnie cenione i wręcz wielbione. Kościół więc przekonał się, że autorytet Jezusa nie ma szans przy zaklęciach Avada kedavra Pottera. Sięgnął po inne środki.
W Polsce na przykład, znieważył Jurka Owsiaka, inny autorytet moralny młodych. Walka o wzór i naśladowanie trwała kilka lat, by wreszcie teraz (po procesach z RM) Kościół odciął się od o. Rydzyka i poniekąd poparł Owsiaka i 500 tysięcy ludzi na jego koncertach. Aczkolwiek, skaza pozostała – znów bowiem zaatakowali coś, co społeczeństwo kocha i lubi.
Pomijając walkę o autorytety, warto tu sobie uzmosłowić to, co w ogóle głosi już nie Biblia, a sam Kościół. Aseksualność, ba… wręcz potępianie seksualności (oczywiście, uogólniam.) w tym seksu oralnego, analnego, seksu z zabezpieczeniem, czy wreszcie homoseksualizmu, transseksualizmu nie przysparza Kościołowi wyznawców, bo powszechnie wiadomo, że seks oralny jest dobry na wszystko.
Przyrównywanie Jezusa Chrystusa do roli współczesnego człowieka jest czystym idiotyzmem, bo jak Kościół głosi, Jezus seksu oralnego nie uprawiał, nie mógł być też gejem, choć niektórzy głoszą, że mógł być rastamanem. Panowie, tak na chłopski rozum – komu wy chcecie koronę cierniową na głowy wciskać? Wyznawcom supermarketów?
Teiści biją na alarm – Jezusa znów krzyżują, palą kościoły i chrześcijan lwom na pożarcie rzucają. A jednak kler nie widzi, bo też widzieć nie może, że tymi lwami są oni sami.

Serwisy ateistyczne (i teistyczne także) mają to do siebie, że prócz ludzi, którzy chcą rozmawiać na jakimś, zwykle narzuconym przez administratorów poziomie, pojawiają się osoby młode, bardzo młode i często zbuntowane. Powiedziałem zbuntowane? Tak przynajmniej wypowiadające się.
Bawiąc się metodologią krytyki feministycznej, można dojść do interesujących, często śmiesznych, kontrowersyjnych, ale na pewno zabawnych wniosków. Spójrzmy do czego doszła pewna grupa studentów z Wałbrzycha.
Smerfetka narodziła się drogą iście mityczną. Stworzył ją Gargamel (zły mężczyzna, gbur, prostak i brzydal) podczas eksperymentów alchemicznych. Jako że to Wulgaryzm, to podejmę ryzyko i wskażę analogię z biblijnym stworzeniem kobiety (z cząstki mężczyzny, z jego fragmentu). Gargamel tworzy Smerfetkę – podłą i złą istotę o czarnych włosach. Jej brzydota przeraża wszystkie smerfy – jest gorsza, wybrakowana, nieczysta, zdziczała i niesmerfowa. Tak o to przedstawia nam Peyo pierwszą kobietę – już nie Ewę – po prostu Smerfetkę, która jako jedyna ma imię stworzone z męskiego członu, co ma ją widocznie odróżniać od szeregu Ważniaków, Osiłków i Poetów. Dlaczego została pozbawiona unikalnego imienia, a jedynie nadano męskie? Pozostawmy to bez komentarza.
Bush zdecydowanie nie lubi gry Prince of Persia. Nie lubi jej do tego stopnia, że postanowił Persję wysadzić w powietrze. Bombą atomową.
Doprawdy, w życiu spotykamy różne autorytety – religijne, społeczne, polityczne, dobre, złe, wytrwałe, przestarzałe – żaden chyba jednak autorytet nie wysuwał tak radykalnych wniosków: "Skoro jestem wielki, mam prawo rządzić za innych". Jeszcze cztery lata temu nazwanie George'a W. Busha faszystą byłoby hiperbolizacją, wulgaryzmem wręcz. Dziś takie słowa to eufemizm.
Rewelacjom w naszym kraju nie ma końca. Wczoraj pisałem o problemach Trybunału Konstytucyjnego; widocznie nie są to jedyne dziwaczne historie wśród sfer wyższych, a śliślej, w PO.